Dziwne czasy, dziwne czasy..."
Od dziecka interesowałem się tematyką lotniczą. Jako młody chłopak na wyrywki rozpoznawałem sylwetki samolotów. Szczególnie te z okresu II wojny światowej. Wtedy też dowiedziałem się (może ze "Skrzydlatej Polski"?), że istnieje na świecie miejsce, gdzie większość z tych cacek można zobaczyć na żywo. Wtedy zrodziło się marzenie ... być tam! Zobaczyć!
Czasy wtedy były dziwne. Wyjazd za granicę graniczył z cudem. To dopiero było marzenie! Nieosiągalne! Wylądowało więc, jak dobry myśliwiec, wysoko na półce i pokrywało się kurzem. Czas mijał...
Dużo później gdy fotografia na dobre zagościła w moim życiu pojawiałem się od czasu do czasu na pokazach lotniczych. Szczególnie na Air Show. Tam maiłem okazję zobaczyć na własne oczy jeden z tych pięknych samolotów - Spitfire. Piękny był to widok, ale nie wywołał wiatru który mógłby odkurzyć moje marzenie. Dalej leżało ono na swoje półce a czas mijał.
Spełnienie.
Po wielu, wielu latach, w tym roku miałem okazję wyjechać turystycznie wraz z rodziną i przyjaciółmi do Londynu. Nie było by w tym nic dziwnego, ot wyjazd jakich wiele w dzisiejszych czasach, gdyby nie fakt, że zastanawiając się nad planem zwiedzania wzrok mój padł na trzyliterowy skrót zapisany na jednej z internetowych stron ... RAF. Nie możliwe! - pomyślałem. Przecież to ... Muzeum Royal Air Force ... To Londyn. To miejsce moich marzeń! Długo nie mogłem dojść do siebie. Po prostu nie mogłem uwierzyć, że tak nagle, po tylu latach mam szansę tam być, zobaczyć to wszystko o czym kiedyś tylko mogłem marzyć. To było naprawdę niesamowite doznanie.
Tu muszę podziękować mojej żonie. Gdyby nie ona pewnie bym tam nie był. To ona postawiła sobie za punkt honoru zaciągnąć mnie tam. Zrobiła z Muzeum RAF plan bez mała jednodniowej wycieczki.
Tak czy inaczej. Byłem. Widziałem te wspaniałe maszyny na własne oczy. Podekscytowany jak mały chłopiec biegałem po halach muzeum i łącząc to z drugą pasją robiłem zdjęcia, masę zdjęć.
Strona techniczna całej "sesji" nie jest zbytnio ciekawa. Przyznam, że nie przygotowałem się do niej zbyt dobrze. Nie zabrałem ani lampy ani statywu. Za aparat posłużyła lustrzanka Dynax 7D z obiektywem 17-35. Ze względu na słabe oświetlenie hal muzeum zdjęcia wykonywałem przy czułości 3200 ISO (!).
Mimo tak trudnych warunków zdjęcia dają się oglądać, zatem zapraszam do obejrzenia.
Od dziecka interesowałem się tematyką lotniczą. Jako młody chłopak na wyrywki rozpoznawałem sylwetki samolotów. Szczególnie te z okresu II wojny światowej. Wtedy też dowiedziałem się (może ze "Skrzydlatej Polski"?), że istnieje na świecie miejsce, gdzie większość z tych cacek można zobaczyć na żywo. Wtedy zrodziło się marzenie ... być tam! Zobaczyć!
Czasy wtedy były dziwne. Wyjazd za granicę graniczył z cudem. To dopiero było marzenie! Nieosiągalne! Wylądowało więc, jak dobry myśliwiec, wysoko na półce i pokrywało się kurzem. Czas mijał...
Dużo później gdy fotografia na dobre zagościła w moim życiu pojawiałem się od czasu do czasu na pokazach lotniczych. Szczególnie na Air Show. Tam maiłem okazję zobaczyć na własne oczy jeden z tych pięknych samolotów - Spitfire. Piękny był to widok, ale nie wywołał wiatru który mógłby odkurzyć moje marzenie. Dalej leżało ono na swoje półce a czas mijał.
Spełnienie.
Po wielu, wielu latach, w tym roku miałem okazję wyjechać turystycznie wraz z rodziną i przyjaciółmi do Londynu. Nie było by w tym nic dziwnego, ot wyjazd jakich wiele w dzisiejszych czasach, gdyby nie fakt, że zastanawiając się nad planem zwiedzania wzrok mój padł na trzyliterowy skrót zapisany na jednej z internetowych stron ... RAF. Nie możliwe! - pomyślałem. Przecież to ... Muzeum Royal Air Force ... To Londyn. To miejsce moich marzeń! Długo nie mogłem dojść do siebie. Po prostu nie mogłem uwierzyć, że tak nagle, po tylu latach mam szansę tam być, zobaczyć to wszystko o czym kiedyś tylko mogłem marzyć. To było naprawdę niesamowite doznanie.
Tu muszę podziękować mojej żonie. Gdyby nie ona pewnie bym tam nie był. To ona postawiła sobie za punkt honoru zaciągnąć mnie tam. Zrobiła z Muzeum RAF plan bez mała jednodniowej wycieczki.
Tak czy inaczej. Byłem. Widziałem te wspaniałe maszyny na własne oczy. Podekscytowany jak mały chłopiec biegałem po halach muzeum i łącząc to z drugą pasją robiłem zdjęcia, masę zdjęć.
Strona techniczna całej "sesji" nie jest zbytnio ciekawa. Przyznam, że nie przygotowałem się do niej zbyt dobrze. Nie zabrałem ani lampy ani statywu. Za aparat posłużyła lustrzanka Dynax 7D z obiektywem 17-35. Ze względu na słabe oświetlenie hal muzeum zdjęcia wykonywałem przy czułości 3200 ISO (!).
Mimo tak trudnych warunków zdjęcia dają się oglądać, zatem zapraszam do obejrzenia.